WITAMY NA NASZYM BLOGU

ZAPRASZAMY DO LEKTURY

Determinacja, upór i walka doprowadzą Cię na szczyt!

Przeczytajcie podsumowanie Marceliny Słomian, która zdobyła 3. miejsce w biegu Salamandra Ultra Trail.

– – – – –

Kiedy emocje opadły, mogę spokojnie przeanalizować start w Salamandrze.
Był to mój pierwszy start w tym sezonie… niestety pół roku temu dopadła mnie kontuzja uda. Miałam równy miesiąc na przygotowanie do zawodów. Po takiej przerwie od biegania, nogi rwały się do szaleństwa.


Trener dał mi solidny plan i wykonałam go na 100%. Dlatego, w dniu zawodów stanęłam na starce pewna siebie. Wiedziałam, w jakiej jestem formie i na co mnie stać. Nie ukrywam, że odczuwałam stres. Był to mój pierwszy taki długi dystans od pół roku. Bałam się również „spalenia”. Pobiegnę za szybko i nie wytrzymam tempa… Założenie było jedno, potraktować ten start jako trening i biec na tętno.
Tak było do momentu 25 km, kiedy ktoś z widowni rzucił hasło: „jesteś trzecia!”. Heheojjj… zwierzak się obudził. Adrenalina skoczyła. Zaczęłam się ścigać, a raczej uciekać. Bałam się przyśpieszać, bo nadal nie wiedziałam, czy dam radę. Do tego temperatura zaczęła bardzo wzrastać. Wielokrotnie brakowało mi picia, prosiłam zawodników, korzystałam ze strumieni czy też mieszkańcy wychodzili z pomocą.


Dobrze się biegło do momentu Czantorii. Te „podejście” chyba każdego „zabija”. Dlatego wiedziałam, że to właśnie ta góra mi pomoże. Nie mogłam na niej odpuścić. I tak też było. Weszłam na szczyt, ale „widziałam podwójnie”.
Potem już tylko myśl w głowie: „dotrwaj do końca, zostało Ci już tylko 13 km ”. Pozbierałam się i pobiegałam. Całe 13 km starałam się biec. Byłam już pewna, że utrzymam pozycję. Nikt mnie już nie mógł dogonić. W zasięgu wzroku nie było nikogo. Biegłam już sama do mety.
Ostatnie metry, były wystrzałem endorfin. Udało się! Udało! Byłam trzecia wśród kobiet i piętnasta w kategorii open.
Nie mogłam uwierzyć, że udało mi się to osiągnąć. Ten sukces dodał mi skrzydeł i pewności, że determinacja, upór i walka doprowadzą Cię na szczyt!!!
Trasa była bardzo wymagająca… mocne podejścia, ale niezbyt długie (oprócz Czantorii).
Temperatura… to był koszmar. Około 30 stopni. „śmierć na miejscu” – haha.


To były bardzo udane zawody. Stały się dla mnie wyjątkowe.
Na pewno tu wrócę. W głowie, póki co kolejny cel do osiągnięcia.

Blog powered by Hop-Sport

The Final Countdown

Ostatnia część relacji Daniela z Zimowej Zamieci. Zapraszamy do lektury.
______

„The Final Countdown”

Przed czwartą pętlą podchodzę do namiotu, gdzie stacjonuje ekipa obsługująca system pomiaru czasu. Byłem ciekaw numerów startowych trzeciej ekipy, która nas goniła. Usłyszałem w odpowiedzi numery 295 i 296. Zamysł miałem taki, że gdybym gdzieś na trasie spotkał jedną z tych osób, to automatycznie przełączyłbym się w tryb „competizione”. Nie mija jednak więcej jak dziesięć sekund, a obok mnie ustawia się chłopak z numerem 296…automatycznie uśmiech zagościł na mojej twarzy na myśl o możliwym pojedynku, a zarazem ciekawość i chwila niepewności, kto pierwszy zmieni dobiegającą partnerkę do bazy. Chwila napięcia i ruszam przed rywalem na trasę. Pierwszy raz nie tylko goniłem wszystko, co ruszało się na horyzoncie, co świadomie uciekałem przed kimś innym. Co pewien czas oglądałem się za siebie, czy gdzieś widać złowrogą czołówkę w oddali. Być może dlatego nie zauważyłem czy też zapomniałem o powalonym drzewie przy skarpie na wysokości czwartego kilometra. Mimo wszystko nie jestem wzrostu siedzącego psa, więc musiałem trochę się schylić, by przejść pod tym drzewem jak na wcześniejszych pętlach. Rezultat był taki, że przywaliłem mocno głową. Po sekundzie już nie potrzebowałem żadnego dopalacza, żeby się obudzić. Z kolejnych pięciuset metrów zapamiętałem tylko to, że cały czas drapałem się po głowie.

Po godzinie i ośmiu minutach odbijam chip na szczycie i od razu lecę w dół. Na końcu agrafki spotykam goniący mnie numer 296. Mam jakieś trzy minuty przewagi. Chce przyśpieszyć, ale jest coraz bardziej ślisko na zbiegach. Pierwsze dwa okrążenia pokonałem na luzie, bez wyhamowania własnej prędkości. Trzecie już na lekko zaciągnięty ręczny, tak na „jeden ząbek”. Teraz już było na tyle ślisko, że zaciągnąłem ręczny chyba na „dwa ząbki”. Dobiegam do „siodła” a tu gość w raczkach zbiega dobrym tempem. Podłączyłem się i delikatnie siadam mu na zderzaku tak, że czuje mój pewnie, już nie świeży oddech na plecach. Gdy już jesteśmy na dole widzę zdziwienie kolegi, że nie mam raczek. Tym samym tylko utwierdzam się w przekonaniu, że Mudclaw’y są świetnym wyborem na ten bieg. Wymijam i cisnę dalej do słynnej ścianki w lesie. Cały czas korzystam z techniki pingpongowej. Tutaj jedyny raz podczas biegu uciekła mi noga na czymś śliskim. Poczułem lekki ból w kolanie. Poza tym jednym małym przypadkiem wszystko było pod kontrolą. Podziękowania dla Łukasz Lelek za kolejne fachowe klejenie nogi.

Chwilę później kolejny raz nękam Agnieszkę, że się zbliżam. Muszę się uczciwie przyznać, że trochę podniosłem jej porzeczkę, gdyż miała krótsze przerwy niż ja. W tym momencie różnica wynosiła już pięćdziesiąt minut. Poza krótszą regeneracją dochodził jeszcze jeden aspekt. Miałem przygotowane trzy komplety do biegania. Biegałem w suchych, a mokre w tym czasie się suszyły. Tu dochodzimy do drugiego aspektu, gdzie Agnieszka miała też mniej czasu na suszenie ubrań. Chyba nie jestem zbyt koleżeński…:P Czwartą pętlę zamykam z czasem godzina czterdzieści pięć minut…a kolegi nie widać. Jedno trzeba przyznać organizatorom, trasa jest, jak zwykle, doskonale oznaczona. Oprócz znaków przyczepionych na drzewach gdzieniegdzie są też strzałki namalowane na śniegu. Mają intensywnie ciemnożółty kolor. Ten, kto znakował trasę, musiał być mocno odwodniony.

„Czwórki”, „dwójki” i łydki krzyczą ze zmęczenia, właściwie miałem już dosyć biegania. Wszystko skostniałe. Czy wspomniałem, że właśnie wychodził brak treningów w górach? Miałem cichą nadzieję, że wystarczy nam 8 pętli do podium. Głupotą było tak myśleć. Zmęczona Agnieszka pognała na swoje piąte okrążenie. Wyraz naszych twarzy nadawał w jednym tonie „więcej już nie biegnę, to ostania pętla”. O ile długa przerwa pomaga ciału coś się zregenerować, to psychikę trzeba kopnąć mocno w 4 litery, żeby się pozbierać na ostatnią pętlę.

Kolejny raz przeżywam te same czynności jak główny bohater filmu „Dzień świstaka”. Ze zmęczenia już nawet nie czuje, jak śmierdzi w naszej szatni od przepoconych, brudnych czy też schnących ciuchów, skarpetek czy też butów porozstawianych po kątach. Zmęczona Agnieszka ostatnią pętlę pokonała na spokojnie, co dało mi prawie trzy godziny odpoczynku. Mimo tego czasu wszystkie mokre ubrania nie zdążyły już wyschnąć. O ile biegowe spodnie były w miarę suche to już bluza i kurtka była lekko wilgotna jak…ha! nie powiem co. 🙂

Jednoznacznie stwierdzam, że uczucie komfortu, gdy stałem tak ubrany na starcie nie było adekwatne do siedzenia w fotelu z piwem w jednej ręce i pilotem w drugiej. Przypomniały mi się poprzednie edycje, gdzie każde kolejne wyjście ze strefy komfortu na bieg było swoistym zwycięstwem. Chwilę później decyduję się ubrać drugą kurtkę, jedyną suchą, która mi pozostała a w której przyjechałem. Ruszam na trasę już bez czołówki, bo ponownie zrobiło się jasno. Dla oczu i głowy to taki zastrzyk darmowej energii. Ostatnie moje założenie na ten bieg, to zmieścić się poniżej godziny i pięćdziesięciu dwóch minut. Nie pytajcie dlaczego. Kilometry, przewyższenia i warunki robią swoje, bo spotykam coraz mniej biegaczy na trasie. Każdy zmęczony, śpiący, marzący o ciepłej kąpieli. Przed granią przybijam piątkę z autorem, jak zwykle świetnych zdjęć, Jackiem Deneki. Jacek podziwiał widowiskowy wschód słońca. Chwilę wcześniej wiatr rozwiał chmury, odsłaniając niebieskie niebo, a słońce oświetliło szczyty gór po przeciwnej stronie doliny. To była najpiękniejsza pętla.

Właściwie bez przygód docieram na szczyt po godzinie i jedenastu minutach. W schronisku na tarasie brak żywej duszy. Pomiarowcy siedzieli w środku i tylko podnosili do góry kciuka. W głowie mam już obraz, że zostało tylko cisnąć w dół. Strome zbiegi mają już nieźle wyżłobione rynny od „dupozjazdów”, a śnieg miejscami sprasowany jest do szczerego lodu. „Czwórki” i łydki palą żywym ogniem, ale techniczne zbiegi znowu lecę prawie na maksa. Tak po prostu dla zabawy, trzeba mieć coś z życia. Niebieski szlak, strumień, stokówka, zjazd w las, biegowe zawijasy, domek, kapliczka i ostatni kilometr. Wreszcie meta jest metą. Czas, godzina i pięćdziesiąt jeden minut. Plan wykonany.

Mamy dziesięć pętli zrobionych w czasie dwudziestu godzin i dwudziestu sześciu minut, czyli do końca zamknięcia „Zamieci” pozostało trzy i pół godziny. Wystarczyło nam to do zajęcia trzeciego miejsca. Dwie pierwsze ekipy miały jedenaście okrążeń na liczniku. Żeby przeskoczyć drugą w tabeli musielibyśmy zrobić nasze jedenaste kółko w czasie poniżej dwóch godzin i czterdziestu jeden minut. Jak najbardziej było to do zrobienia, ale…mieliśmy już wszystkiego dosyć. Byliśmy zadowoleni z wyniku, tym bardziej, że przed biegiem chyba bym wziął go w ciemno. Odwaliliśmy kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej, roboty. Pierwszy punkt z listy na ten rok wykonany. Teraz czas na komandosa…setkę komandosa.

Blog powered by Hop-Sport

Mickey Mouse in the House

Przeczytajcie 3 część relacji Daniela z Górskiego Ultramaratonu Zimowego Zamieć.

_______
„Mickey Mouse in the House”

Czekając na starcie przed drugą pętlą, sprawdziłem wyniki online, byliśmy na drugim miejscu z prowizoryczną przewagą nad trzecim zespołem. Po chwili pojawiła się dziewczyna z trzeciej drużyny i nieoczekiwanie rusza na trasę przede mną. Sześć minut później Agnieszka zamyka swoją pętlę, więc i ja mogę ruszyć. Cóż, taki los, że kolejny raz muszę uganiać się za dziewczyną.

Dobrze, że początek jest płaski, bo można rozgrzać skostniałe mięśnie. Chociaż i tak myślałem, że będzie gorzej, gdy sobie przypomnę, jak wyglądały moje mięśnie zaraz po pierwszym kółku. Jednak substytut prawdziwego masażu w połączeniu z godziną odpoczynku okazał się nad wyraz skuteczny. Pierwsze co mi się rzuciło w oczy to, że Achillesy w końcu się rozgrzały jak stary Diesel na mrozie na tyle, abym mógł o nich zapomnieć już do końca biegu. Ponownie wyprzedzam kilku uczestników w drodze ku schronisku.

Po dwudziestu dwóch minutach doganiam dziewczynę, która mi uciekła na starcie. Jako że potrzebna była już włączona czołówka, a dogoniłem ją akurat na stromym podejściu, to całkiem niechcący oświetlałem jej zgrabną tylną część ciała. Co ciekawe i całkowicie mnie zaskoczyło, miała bieliznę termoaktywną w formie stringów. Dobra czołówka prawdę ci powie. Trochę mi zajęło wyprzedzenie koleżanki…ciężko stwierdzić czy to strome podejście tak mnie spowolniło, czy coś innego.

Na moim punkcie pomiarowym przy końcu stoku mam trzy i pół minuty straty w porównaniu do pierwszego okrążenia. Za stokiem przyśpieszam, gdzie wcześniej łydki mnie skutecznie hamowały i odrabiam półtorej minuty. Na schronisku melduję się po godzinie i dwóch minutach. Trasa w dół idzie elegancko. Wprawdzie dwa razy usiadłem przy „siodle”, ale wszystko było kontrolowane jak wybór miss świata. Chwilę później oznajmiam Agnieszce, że się zbliżam. Myślę, że mógł być to ten moment, gdzie narodziły się pewne wątpliwości w jej głowie czy aby na pewno dobrze zrobiła biegnąc ze mną w parze. Czy zdąży się, chociaż częściowo zregenerować po swoich pętlach, gdy partner z duetu w ogóle nie pomaga i skraca czas odpoczynku do minimum. Drugie okrążenie zamykam z czasem godzina trzydzieści i sześć minut. A ja jakoś dalej nie rozumiem, dlaczego mam gorszy czas. Szybkie sprawdzenie wyników i okazuje się, że dalej jesteśmy na drugim miejscu. Pierwsze poza zasięgiem. Następnie kopiuj-wklej co do harmonogramu czynności po wysiłkowych. Na koniec najmilsza część…zamykam oczy…

…dzwoni budzik ustawiony profilaktycznie. Kopiuj-wklej czynności przedstartowe. Rozpoczynając trzecie okrążenie, dalej byliśmy na drugiej pozycji z niewielką przewagą. Do trzeciego kilometra nie spotkałem żywej duszy, zastanawiając się, czy nie zostałem sam na trasie. A może to ta mgła, która zagościła gdzieś od drugiego kilometra prawie po sam szczyt. W pewnym momencie zimowa sceneria skuta we mgle przypomniała mi sceny z „Lśnienia”. Brakowało, tylko żeby ktoś wyszedł za drzewa z siekierą…

Być może za mało zjadłem przed tym okrążeniem, a może wyszło zmęczenie, bo chwilę po starcie zaczął mnie boleć lewy bark. Często tak ma, jak organizm jest zmęczony w połączeniu z brakiem energii. Coś mnie tknęło przed startem i do pasa biegowego wrzuciłem żel energetyczny. Właściwie to wszystko co miałem ze sobą na trasie poza wyposażeniem obowiązkowym w postaci bandażu elastycznego oraz folii NRC. Uznałem też, że nie warto brać nic do picia, bo za krótko przebywa się na trasie. Bark przestaje boleć po jakimś czasie od wciągnięcia żelu. Na moim własnym punkcie pomiarowym mam pięćdziesiąt minut. Dobiegam do grani, a tu pojawia mi się nowy zawodnik. Widziałem w jego oku ten błysk, tę chęć ścigania się. Nie mogłem odmówić sobie takiej zabawy. Po kilkudziesięciu metrach jednak…polna myszka skręca gdzieś w krzaki.

W schronisku melduję się po godzinie i sześciu minutach. Zbieg tym razem już nie był tak luźny, jak wcześniej. Raz, że już do końca biegu, z każdym kolejnym okrążeniem było coraz bardziej ślisko na trasie, dwa, w nocy ciężej się zbiega, nawet mając bardzo dobrą latarkę czołową. Ustawiłem sobie swoją na maksymalne oświetlanie i był to strzał w dziesiątkę jak u Lewandowskiego. Z tym że ja nie musiałem czekać dziewięć miesięcy na rezultaty. Od razu, gdy zbliżałem się do delikwenta, który z daleka widział strugę szybko przemieszczającego się światła, sam robił przejazd dla Pendolino bez pytania. Z grzeczności częstowałem „dziękówą”. Gdybym za każde „podziękowanie” z mojej strony dostał złotówkę za przepuszczenie na trasie, to uzbierałbym drugą wypłatę.

Trzecią pętlę zamykam z czasem godzina czterdzieści dwa. Coraz wolniej, ale tragedii nie ma. Jedzenie, rozciąganie, wałek Greya, wyciągnięcie nóg, zamykam oczy…i tylko ten cholerny kaszel mnie męczy. Jak biegnę, to nie kaszlałem ani przez moment. Wystarczy, że rozłożę się w śpiworze, to kaszlę jak kot, który najadł się swojej własnej sierści. Zamykam oczy, czas płynie…

„Spójrz czasami w niebo i są chmury nad miastem?

Pomyśl o czymś dobrym, bo czas Ci przemija.

Nie możesz patrzeć tylko na innych, to Cię zabija.

Zmarszczek dochodzi dużo, często krater popękany.

Jak to jest, gdy czas minie? – głos zapytał się z membrany”.

Blog powered by Hop-Sport

Byle do jutra, jutro… to dalekie kiedyś

Zapraszamy do lektury drugiej części relacji Daniela z Zamieci.

_____

„Byle do jutra, jutro… to dalekie kiedyś”

 Przybijam piątkę, wkładam słuchawki, music ON…i zaczynamy zabawę. Pierwszy płaski kilometr biegnie się chodnikiem wzdłuż rzeki. Pokonuję trasę w miarę spokojnie (4.27 min/km), bo wiem, że za moment zaczyna się strome podejście betonowymi płytami na odcinku około 600 metrów. Część można przebiegnąć, część jest dość stroma i lepiej przejść do marszu. Gdyby trzeba było się ścigać, to nie byłoby mowy o marszu. Chociaż „spokojne” za bardzo tutaj nie pasuje. Raczej to szybki, żołnierski marsz. Lewa, prawa, lewa, prawa…kto był na „Selekcji”, ten wie, że tempo nie przypomina spaceru pod chmurką. W międzyczasie mijam pierwszych uczestników. Skręcam w lewo, gdzie prowadzi wąska ścieżka pomiędzy drzewami. Tutaj nie ma mowy za bardzo o wyprzedzaniu. Chyba, że ktoś jest tak życzliwy i przepuści, gdy siedzi się mu na zderzaku. Powoli wspinamy się w stronę szczytu. Fajnie, że w tym roku każdy kilometr był oznaczony tabliczką, można było zorientować się, ile pozostało do szczytu lub bazy.

Dlatego też już na samym początku zapamiętałem trzeci kilometr. Stało się to, o czym zapomniałem, a kiedyś było tradycją. Mianowicie miałem bardzo napięte łydki. Źle się biegło, gdy teren cały czas się podnosił, tym bardziej, że czekał mnie dość długi, monotonny odcinek. Odcinek, na którym można dużo nadrobić nad osobami, które często przechodzą do marszu. Niestety byłem zmuszony tak postąpić. Wiedziałem, że łydki odpuszczą dopiero na zbiegu lub płaskim, więc czekałem na grań. Nim jednak tam dotarłem, to jeszcze trochę się pomęczyłem. Dobiegam do stoku po krótkim, stromym odcinku w dół. Lubię takie szybkie odcinki, gdzie można puścić nogi przodem. Znowu wyprzedam kilku biegaczy. Właściwie zapomniałem, że miałem coś nie tak z kolanem.
A może cała ta kontuzja to tylko zły sen?

Zaczyna się podejście wzdłuż stoku odgrodzone siatką. Pokonujemy śnieżne schody uformowane przez uczestników. Na końcu podejścia robię sobie punkt odniesienia na kolejne okrążenia. 44 minuty. Jeszcze jedno klimatyczne, dość wąskie podejście, gdzie trudno o wyprzedzanie. W końcu wdrapuję się na grań, gdzie przechodzę w tryb szybszego przemieszczania. Tutaj też jest jeden z najładniejszych widoków na trasie. Łydki popuszczają jak po zjedzeniu kiszonej kapusty popitej mlekiem.

Lecimy krótki odcinek w dół, by za moment skręcić w prawo. To drugi fragment na trasie, gdzie mija się zawodników biegnących do schroniska/szczytu, jak i już wracających do bazy. Na zakręcie widzę pierwszą dziewczynę z żółtym numerem, który oznaczał, że prawdopodobnie biegnie w mojej kategorii, czyli Mixie (drużyna damsko-męska). Nim odbiłem czip w schronisku, jeszcze cztery inne dziewczyny biegły już w dół
z żółtym numerem. Oczywiście sprawdziłem, ile tracę czasu do osoby, która prowadziła. Zawsze robię sobie taki punkt odniesienia, żeby później gonić króliczka. Po godzinie od startu docieram do schroniska, który jest punktem kontrolnym.

Od tego momentu można powiedzieć, że leci się prawie cały czas w dół. Prawie, ale o tym później. Zatem ogień w dół, co oznacza, że włączył mi się tryb „competition”. Myślałem, że ze względu na kolano już nie będzie tak jak kiedyś, pełen luz bez kalkulacji. Jednak młodzieńcza fantazja dalej nosi!

Gonię za dziewczynami, co to mnie nakręca do ściągania. Po sześciu minutach dopadam do czwartej, którą mijałem na podejściu do schroniska. Nie wiem, czy to jakieś gorsze roczniki, bo niby płeć piękna, ale jakoś tak nie bardzo… Dobiegam do siodła, które zawsze jest niebezpieczne. Raz, że strome, dwa normalnie jest tam strumyk, który zimą zamarza. Mimo wszystko cisnę dalej. Po szesnastu minutach doganiam piątą, a zarazem pierwszą dziewczynę, która mnie mijała z żółtym numerem. Chwilę później dobiegam do ostrego skrętu w prawo. Tutaj jest drugi niebezpieczny odcinek, który większość pokonuje na czterech literach, gdyż jest ślisko i stromo pomiędzy drzewami. Szkoda czasu na uciechy cielesne, więc decyduję się na taktykę pingpongową, czyli od drzewa do drzewa. Gdy już jestem na dole, to dzwonię do Agnieszki, żeby się przygotowała do jej drugiego okrążenia. Jestem pomiędzy dziesiątym a jedenasty kilometrem i tutaj też zaczyna się odcinek, na którym można dużo zyskać. Nazywam go interwałem. To około 2-kilometrowy odcinek delikatnie w górę lub płasko. Prędkość przelotowa (4.25 min/km) wydaje mi się podczas biegu szybsza, niż jest w rzeczywistości. Po chwili już ostatni ostry odcinek w dół po dość kamienistej drodze, tutaj za dużo śniegu nie ma, więc ewentualny upadek może być bolesny i niebezpieczny.

Dobiegam do bazy po godzinie i 29 minutach. Szybko, ale gdyby nie łydki byłoby szybciej. Mimo to osiągam drugi czas okrążenia podczas „Zamieci”. Agnieszka rusza na drugie okrążenia, a ja udaję się do bufetu. Swoją drogą, pewnie będę jednym z nielicznych, który nie będzie słodził organizatorom i rzucał „ochów”, „achów” jak wszystko było rewelacyjnie przygotowane. Bo nie było. Chyba już za dużo widziałem, żeby zadowalać się byle jakością. Szybka konsumpcja, po czym udaję się do naszego obozu „uchodźców”. Ściągam mokre ciuchy, żeby je rozwiesić do suszenia, po czym się rozciągam. Fuck, ale bolą nogi, dwójki ciągną, Achillesy…ech, wychodzi brak treningu w górach. Pięknie, a to dopiero pierwsze okrążenie.

Przypomniało mi się, że Agnieszka wykradła z pokoju uciech Greya narzędzie do zabaw. Ciężko mi było odmówić sobie tej przyjemności jak „Kulawemu” eliksiru o mocy młotów pneumatycznych. Chwilę później ustawiam sobie budzik na godzinę trzydzieści do przodu od czasu, kiedy skończyłem swoje okrążenie. Nie zasypiam, jednak czas szybko mija jak wakacje w Egipcie. Czeka mnie sekwencja, którą powtórzę jeszcze kilka razy w ciągu kilkunastu następnych godzin. Zatem znowu się ubieram w suche ubrania i rozgrzewam. Jakoś już nie ma tej lekkości, już czuć pospinane, sztywne mięśnie. W międzyczasie jest telefon od Agnieszki, co mniej więcej oznacza piętnaście minut do startu. Wychodzę na zewnątrz, jest jeszcze jasno, ale czołówka już na głowie, za chwilę i tak będzie potrzebna. Po chwili dobiega Agnieszka, przybijamy piątkę i zaczynam drugie okrążenie…zaczyna się dzień świstaka.

 

Blog powered by Hop-Sport

Nie sztuką jest zrobić coś, na co się jest przygotowanym. Sztuka to zrobić coś, co wykracza poza twoje możliwości

Przeczytajcie pierwszą część relacji Daniela Stroinskiego z Górskiego Ultramaratonu Zamieć, gdzie wraz z Agnieszką wybiegł 3. miejsce.

_____

“Nie sztuką jest zrobić coś, na co się jest przygotowanym. Sztuka to zrobić coś, co wykracza poza twoje możliwości”

Biegowo stary rok żegnam w Szczyrku, po czym witam nowy… również w Szczyrku. Gdyby spojrzeć wstecz na ostatnie 12 miesięcy to wyszłaby taka sinusoida, coś jak chód człowieka zmęczonego procentami. Zawsze też, naiwnie oczekuje się lepszego roku, innego niż poprzedni. Powiedziałbym, że jeden mój warunek został spełniony, niekoniecznie ten pierwszy. Sportowo miałem kilka dużych planów do wykonania, jednak kontuzja przekreśliła prawie cały rok. Musiałem zadowolić się kilkoma startami na pół gwizdka. W okresie, kiedy zdrowie nie chciało mnie słuchać, dołączyłem do ambitnego zespołu RMF 4RACING Team.

W zeszłym, jak i obecnym roku, główny plan z tym związany przypada na maj i Ultra
w Myślenicach. Pomimo perypetii zdrowotnych, nie było tak źle i trzy razy udało się wdrapać na podium przy sześciu startach. Sześciu, które w poprzednich latach przypadały na dwa miesiące. Zdarzały się nawet takie weekendy, gdzie startowałem w dwóch imprezach dzień po dniu. Czas jednak płynie, kwiaty schną, piwo traci smak, a priorytety się zmieniają…

Po ostatnim starcie w Runmageddonie listopad minął bezpowrotnie pod kątem regeneracji, którą poniekąd wymusiło pełne skupienie na nowych obowiązkach w pracy. Dopiero koniec listopada oraz grudzień to czas, kiedy mogłem w końcu wziąć się za siebie. Tak jak lubię, bez kalkulacji, bez oszczędzania się przed startami, pełny wycisk. Udało zbudować całkiem dobrą formę crossfitową…na miesiąc przed zawodami biegowymi. Dlatego od stycznia przestawiłem trening w stronę biegania na całe 2-3 tygodnie. Wiedziałem, że nogi na Zamieci dostaną wycisk, głównie przez szybkie zbiegi, ale liczyłem, że forma z crossfitu oraz bieganie w masce (antysmogowej) przygotuje mnie pod kątem wydolnościowo-siłowym. Ostatnie bieganie
w górach to Runmageddonu w Szczyrku. Średnio udany. Od tego czasu minęły 3 miesiące i ani razu nie odwiedziłem gór. Jakby tego było mało, to na dwa tygodnie przed startem przyplątał się kaszel. Ostatni tydzień to już całkowite odpuszczenie biegania, żeby się trochę podleczyć. Tak czułem się przygotowany na Zamieć…

Nie lubię biegać jak chomik w kółko, dlatego zawsze decydowałem się na start
w drużynie. Dwukrotnie z Mateuszem pokonywaliśmy trasę. Zamiecią też rozpoczynały się do tej pory poprzednie kalendarzowe lata (pomijając zeszły rok ze względu na GSB). W tym roku Mateusz postanowił się obijać, zatem musiałem poszukać innego partnera niedoli. Pomyślałem o Agnieszce, z którą udało mi się wygrać Bieg Rzeźnika w 2016 (ech, kiedy to było). Agnieszka jednak podobnie jak ja, miała formę bliżej niezidentyfikowaną. Dlatego sam start był wielką niewiadomą.

Punkt 9:00 melduję się w Szczyrku z zamiarem zajęcia jakiegoś sensownego miejsca w szatni dla zawodników. Wcale nie zdziwiło mnie to, że była już oblegana. Jakimś cudem udało mi się znaleźć dla siebie kąt i rozłożyć cały dobytek życia.Po chwili, każdy najmniejszy skrawek szatni był zajęty, a zawodnicy wciąż przybywali. Pozostało odebrać pakiet w biurze zawodów, spokojnie omówić plan działania wraz z Agnieszką, zjeść posiłek przed startem i spokojnie wyczekiwać godziny 12:00. Przyjęliśmy sprawdzoną taktykę z poprzednich lat, dzięki której wraz z Mateuszem wygrywaliśmy niejeden bieg. Wtedy też, były o wiele trudniejsze warunki. Teraz aura prawie, że wiosenna. Ustaliliśmy, że Agnieszka pobiegnie pierwsza, by na spokojnie mogła się zapoznać z trasą za dnia. Zasady na Zamieci mówią jasno, że gdy jedna osoba z teamu biegnie, to druga odpoczywa. Miałem zatem jeszcze trochę wolnego czasu do mojego startu.

Czekałem więc na swoją kolej w ciepłym śpiworze. Ustawiłem budzik na godzinę 13:00, by na spokojnie się przebrać i zrobić rozgrzewkę. Nie lubię się śpieszyć. Na pośpiech będzie jeszcze czas na trasie. Rozłożyłem się na naszych dwóch metrach kwadratowych, czekając na budzik lub…telefon. System z poprzednich lat zakładał, że osoba będąca na trasie po pokonaniu 10 kilometra zadzwoni do osoby, która czeka w bazie, po to by mogła przygotować się do następnej pętli.

Zanim ruszyła Zamieć, godzinę wcześniej na trasie pojawili się zawodnicy Zadymy. Pokonują oni tylko jedną pętlę naszej trasy, więc można tutaj „iść w trupa”.Przed startem spotkałem Tomka z naszego zespołu RMF4RT OCR, który wrócił po kontuzji. Brał udział właśnie w biegu Zadyma. Przypuszczenia co do warunków na trasie znalazły odzwierciedlenie w czasie zwycięzcy, 1h 15 min okazała się nowym rekordem.
Zbliża się 14:00, gotów na starcie czekam na Agnieszkę, przybijam piątkę i ruszam na swoją pierwszą pętlę…

Blog powered by Hop-Sport

 

Sport to zdrowie

Runmageddon w Szczyrku już za nami. Przeczytajcie podsumowanie Tomka Tomczyka, który niestety miał niewiele szczęścia podczas tego startu.

_____

„Sport to zdrowie”

Dzięki aktywności fizycznej utrzymujemy swoje ciała w dobrej sprawności, pozbywamy się nadmiaru kilogramów i podnosimy odporność. Jednak nie zawsze wygląda to tak kolorowo. Często rzeczywistość staje się dla nas brutalna i każe na bok odłożyć marzenia o najbliższym treningu i nowym rekordzie na zawodach.

Biegasz kilka razy w tygodniu, przykładasz się do tego i sprawia Ci to dużo radości. Ustawiasz sobie życie rodzinne, aby skrupulatnie wykonywać założenia według wcześniej opracowanego planu, dajesz z siebie wszystko na ciężkich treningach, odmawiając sobie przyjemności. Dużo śpisz, odpoczywasz, dobrze jesz. Osiągasz coraz lepsze wyniki, wszystko wydaje układać się po Twojej myśli. Jednak pewnego pięknego dnia, do którego przygotowywałeś się od dłuższego czasu. Dnia, który miał być sprawdzianem oraz zwieńczeniem czasu i trudu, który poświęciłeś wcześniej na treningach, stajesz na starcie pełen energii i pewności siebie, że to jest właśnie ten moment, ta chwila, kiedy jesteś w stanie zwojować świat. Adrenalina powoduję, że krew gotuje się w żyłach.

Nigdy nie mów nigdy

Rozglądasz się dookoła patrząc na całą resztą pozytywnie nakręconych wariatów, którzy wraz z tobą przebyli setki kilometrów tylko po to, żeby zmierzyć się z własnymi słabościami udowadniając sobie, że hasło „nie dam rady” nie istnieje. Myśl przewodnia „Nigdy nie mów nigdy” staje się coraz bardziej wyraźna, coraz bardziej realna. Nagle słyszysz wystrzał startera i ruszasz przed siebie niczym antylopa skazana na pożarcie. Mijasz z uśmiechem pierwsze przeszkody. Spoglądając na zegarek mija pierwszy kilometr biegu, zaraz za nim, drugi. Wypracowałaś sobie świetną pozycję w stawce, lecisz dalej pokonując kolejne przeszkody, nagle z niewiadomych przyczyn upadasz z ogromnym grymasem na twarzy. Leżysz na ziemi zwijając się z bólu, czujesz dłonie zawodników poklepujące cię po plecach, którzy pytają czy wszystko w porządku. Ty machając ręką, dajesz znak, żeby biegli dalej, że to tylko przejściowe, nie zdając sobie do końca sprawy z faktu, który miał właśnie miejsce. I tak leżąc i patrząc jak mijają cię kolejni zawodnicy, dopada cię złość, a adrenalina, której tak naprawdę miało starczyć na 21 km w zasadzie dalej buzuje w organizmie. Z oddali pracownik obsługi krzyczy, że pomoc już jest w drodze, żeby się nie ruszać. Ty jednak pełen złości i adrenaliny nie dopuszczając do siebie myśli, że to już koniec tego początku marzeń, próbujesz zagryzając zęby dalej kontynuować ten wyścig. Odwołujesz pomoc i postanawiasz dalej biec. Niestety niemoc spowodowana przez towarzyszący ból powoduje, że po raz kolejny padasz na ziemię. Wtedy człowiek jeszcze nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji, które niesie ze sobą kontuzja. W głowie jest tylko złość i bezradność, że nie możesz ukończyć tego, do czego tak długo się przygotowywałeś.

 

Miało być tak pięknie

Docierasz na linię mety odwieziony przez służby medyczne, po drodze spoglądając na tych wszystkich uśmiechniętych i uradowanych ludzi. Ty jednak swoją osobą przypominasz im, że biegi przeszkodowe to nie zabawa, chwila nieuwagi może pogrzebać na dłuższy czas plany i marzenia. Zrozpaczony dopingujesz resztę ekipy swojego teamu, która raz za razem przybywa na jedną z ostatnich przeszkód zwaną multiringiem, gdzie nie jednemu spędziła ona sen z powiek. Spoglądasz bezradny z zazdrością na kolejnych zawodników docierających do mety. A miało być tak pięknie!

 

Natury nie oszukasz

Tak właśnie będę wspominał nieudany start w Runmageddonie w Szczyrku, gdzie na trzecim kilometrze trasy podczas zbiegu, przeskakując dość sporych rozmiarów kamień, niefortunnie upadając na stopę, doznałem urazu. Diagnoza – zerwane więzadło strzałkowo-skokowe przednie, uszkodzona torebka stawowa, naderwane dwa inne więzadła. Czas pauzy minimum 12 tyg. Dopiero w domu już na chłodno i w ciszy człowiek zaczyna zdawać sobie sprawę, jakie znaczenie w jego życiu ma sport i jak bardzo wypełnia jego codzienną rzeczywistość. Teraz pozostał czas, „sporo czasu” na wszelkie przemyślenia i wyciągnięcie odpowiednich wniosków, bo co nas nie zabije to nas wzmocni. Mawia się, że natury nie oszukasz, ale mam nadzieje, że uda mi się szybciej wrócić do zdrowia i wypracować odpowiednią formę tak, aby móc znowu realizować swoje założone cele.

Blog powered by Hop-Sport