26 lutego 2018 Kasia

Byle do jutra, jutro… to dalekie kiedyś

Zapraszamy do lektury drugiej części relacji Daniela z Zamieci.

_____

„Byle do jutra, jutro… to dalekie kiedyś”

 Przybijam piątkę, wkładam słuchawki, music ON…i zaczynamy zabawę. Pierwszy płaski kilometr biegnie się chodnikiem wzdłuż rzeki. Pokonuję trasę w miarę spokojnie (4.27 min/km), bo wiem, że za moment zaczyna się strome podejście betonowymi płytami na odcinku około 600 metrów. Część można przebiegnąć, część jest dość stroma i lepiej przejść do marszu. Gdyby trzeba było się ścigać, to nie byłoby mowy o marszu. Chociaż „spokojne” za bardzo tutaj nie pasuje. Raczej to szybki, żołnierski marsz. Lewa, prawa, lewa, prawa…kto był na „Selekcji”, ten wie, że tempo nie przypomina spaceru pod chmurką. W międzyczasie mijam pierwszych uczestników. Skręcam w lewo, gdzie prowadzi wąska ścieżka pomiędzy drzewami. Tutaj nie ma mowy za bardzo o wyprzedzaniu. Chyba, że ktoś jest tak życzliwy i przepuści, gdy siedzi się mu na zderzaku. Powoli wspinamy się w stronę szczytu. Fajnie, że w tym roku każdy kilometr był oznaczony tabliczką, można było zorientować się, ile pozostało do szczytu lub bazy.

Dlatego też już na samym początku zapamiętałem trzeci kilometr. Stało się to, o czym zapomniałem, a kiedyś było tradycją. Mianowicie miałem bardzo napięte łydki. Źle się biegło, gdy teren cały czas się podnosił, tym bardziej, że czekał mnie dość długi, monotonny odcinek. Odcinek, na którym można dużo nadrobić nad osobami, które często przechodzą do marszu. Niestety byłem zmuszony tak postąpić. Wiedziałem, że łydki odpuszczą dopiero na zbiegu lub płaskim, więc czekałem na grań. Nim jednak tam dotarłem, to jeszcze trochę się pomęczyłem. Dobiegam do stoku po krótkim, stromym odcinku w dół. Lubię takie szybkie odcinki, gdzie można puścić nogi przodem. Znowu wyprzedam kilku biegaczy. Właściwie zapomniałem, że miałem coś nie tak z kolanem.
A może cała ta kontuzja to tylko zły sen?

Zaczyna się podejście wzdłuż stoku odgrodzone siatką. Pokonujemy śnieżne schody uformowane przez uczestników. Na końcu podejścia robię sobie punkt odniesienia na kolejne okrążenia. 44 minuty. Jeszcze jedno klimatyczne, dość wąskie podejście, gdzie trudno o wyprzedzanie. W końcu wdrapuję się na grań, gdzie przechodzę w tryb szybszego przemieszczania. Tutaj też jest jeden z najładniejszych widoków na trasie. Łydki popuszczają jak po zjedzeniu kiszonej kapusty popitej mlekiem.

Lecimy krótki odcinek w dół, by za moment skręcić w prawo. To drugi fragment na trasie, gdzie mija się zawodników biegnących do schroniska/szczytu, jak i już wracających do bazy. Na zakręcie widzę pierwszą dziewczynę z żółtym numerem, który oznaczał, że prawdopodobnie biegnie w mojej kategorii, czyli Mixie (drużyna damsko-męska). Nim odbiłem czip w schronisku, jeszcze cztery inne dziewczyny biegły już w dół
z żółtym numerem. Oczywiście sprawdziłem, ile tracę czasu do osoby, która prowadziła. Zawsze robię sobie taki punkt odniesienia, żeby później gonić króliczka. Po godzinie od startu docieram do schroniska, który jest punktem kontrolnym.

Od tego momentu można powiedzieć, że leci się prawie cały czas w dół. Prawie, ale o tym później. Zatem ogień w dół, co oznacza, że włączył mi się tryb „competition”. Myślałem, że ze względu na kolano już nie będzie tak jak kiedyś, pełen luz bez kalkulacji. Jednak młodzieńcza fantazja dalej nosi!

Gonię za dziewczynami, co to mnie nakręca do ściągania. Po sześciu minutach dopadam do czwartej, którą mijałem na podejściu do schroniska. Nie wiem, czy to jakieś gorsze roczniki, bo niby płeć piękna, ale jakoś tak nie bardzo… Dobiegam do siodła, które zawsze jest niebezpieczne. Raz, że strome, dwa normalnie jest tam strumyk, który zimą zamarza. Mimo wszystko cisnę dalej. Po szesnastu minutach doganiam piątą, a zarazem pierwszą dziewczynę, która mnie mijała z żółtym numerem. Chwilę później dobiegam do ostrego skrętu w prawo. Tutaj jest drugi niebezpieczny odcinek, który większość pokonuje na czterech literach, gdyż jest ślisko i stromo pomiędzy drzewami. Szkoda czasu na uciechy cielesne, więc decyduję się na taktykę pingpongową, czyli od drzewa do drzewa. Gdy już jestem na dole, to dzwonię do Agnieszki, żeby się przygotowała do jej drugiego okrążenia. Jestem pomiędzy dziesiątym a jedenasty kilometrem i tutaj też zaczyna się odcinek, na którym można dużo zyskać. Nazywam go interwałem. To około 2-kilometrowy odcinek delikatnie w górę lub płasko. Prędkość przelotowa (4.25 min/km) wydaje mi się podczas biegu szybsza, niż jest w rzeczywistości. Po chwili już ostatni ostry odcinek w dół po dość kamienistej drodze, tutaj za dużo śniegu nie ma, więc ewentualny upadek może być bolesny i niebezpieczny.

Dobiegam do bazy po godzinie i 29 minutach. Szybko, ale gdyby nie łydki byłoby szybciej. Mimo to osiągam drugi czas okrążenia podczas „Zamieci”. Agnieszka rusza na drugie okrążenia, a ja udaję się do bufetu. Swoją drogą, pewnie będę jednym z nielicznych, który nie będzie słodził organizatorom i rzucał „ochów”, „achów” jak wszystko było rewelacyjnie przygotowane. Bo nie było. Chyba już za dużo widziałem, żeby zadowalać się byle jakością. Szybka konsumpcja, po czym udaję się do naszego obozu „uchodźców”. Ściągam mokre ciuchy, żeby je rozwiesić do suszenia, po czym się rozciągam. Fuck, ale bolą nogi, dwójki ciągną, Achillesy…ech, wychodzi brak treningu w górach. Pięknie, a to dopiero pierwsze okrążenie.

Przypomniało mi się, że Agnieszka wykradła z pokoju uciech Greya narzędzie do zabaw. Ciężko mi było odmówić sobie tej przyjemności jak „Kulawemu” eliksiru o mocy młotów pneumatycznych. Chwilę później ustawiam sobie budzik na godzinę trzydzieści do przodu od czasu, kiedy skończyłem swoje okrążenie. Nie zasypiam, jednak czas szybko mija jak wakacje w Egipcie. Czeka mnie sekwencja, którą powtórzę jeszcze kilka razy w ciągu kilkunastu następnych godzin. Zatem znowu się ubieram w suche ubrania i rozgrzewam. Jakoś już nie ma tej lekkości, już czuć pospinane, sztywne mięśnie. W międzyczasie jest telefon od Agnieszki, co mniej więcej oznacza piętnaście minut do startu. Wychodzę na zewnątrz, jest jeszcze jasno, ale czołówka już na głowie, za chwilę i tak będzie potrzebna. Po chwili dobiega Agnieszka, przybijamy piątkę i zaczynam drugie okrążenie…zaczyna się dzień świstaka.

 

Blog powered by Hop-Sport