10 stycznia 2019 Kasia

Impossible is nothing

Daniel Stroinski opowiada o swoich początkach z bieganiem…
________

“Uważaj na głos w Twojej głowie, który mówi, że nie dasz rady – łże.”

Często słyszę, jak mantrę pytanie, od kiedy zaczęła się moja przygoda z biegami, z góry zakładając, że mam staż dłuższy, niż remont stadionu śląskiego. Prawda jest taka, że to dopiero w 2013 roku rozpoczęło się moje bieganie, trochę dłuższe, niż osiedlowe rundki dla lepszego krążenia. I być może stan klepania asfaltowych nierówności trwałby trochę dłużej niż fochy mojej byłej dziewczyny, gdyby nie za namową koleżanki, zdecydowałem się pojechać na swój pierwszy górski bieg ultra (sierpień 2013). Chociaż trzymając się faktów, był to bieg “tylko” na długim dystansie, bo ultra z definicji zaczyna się powyżej 42 kilometra. A podobno “prawdziwe” ultra zaczyna się dopiero od stówki wzwyż, lub też jest liczone ilością wschodów słońca spędzonych na trasie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, z czym się “je” góry. Byłem protoplastą w swoim hermetycznym środowisku, a moda na góry miała dopiero nadejść. Jakież było moje zdziwienie, gdy na trasie Maratonu Karkonoskiego, po pokonaniu połowy trasy (nawrotka na Śnieżce), moje nogi nie chciały już mnie słuchać. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że nie zaleca się zbiegania „na wariata”, podczas premierowego startu, bez wcześniejszego treningu w górach. Brak doświadczenia w tandemie, z najwyższą temperaturą (Sahara w marcu to mały Miki przy tym) przy jakiejkolwiek przyszło mi biegać, spowodowało, że przeżywałem gehennę. To był dziewiczy bieg, gdzie walczyłem ze skurczami większymi niż narodowy dług publiczny. Nie mogłem zginać obu nóg w żadnym miejscu, gdzie normalnie mają taką możliwość. I tak rozpoczęła się moja przygoda z górami od startu na… Mistrzostwach Świata na długim dystansie. Podobno jak zaczynać to z wysokiego C.

Tak zachęcony, byłem przerażony wizją następnego biegu w Krynicy, na magicznym wówczas dystansie 100 kilometrów, który był raptem miesiąc po Karkonoszach. Wszystko to dlatego, że pod wpływem… nie, nie alkoholu… ale adrenaliny zapisałem się na oba biegi jeszcze przed pierwszym startem. Krynica (Mistrzostwa Polski, jeśli dobrze pamiętam), to kolejna walka, całe życie to jedna wielka walka, z samym sobą (70 kilometrów biegu w stylu Robocop’a, to jeszcze był bieg?). I tak to właśnie ze mną jest, że robię różne dziwne rzeczy pod wpływem adrenaliny (w poszukiwaniu jej), których nie robią zwykli kanapowicze. A ja? Robię to, bo lubię, bo mogę.


“Kładę się spać z przeświadczeniem, że zrobiłem swoje,
Wstaję rano z myślą ile jeszcze zrobić mam.
ubieram życie w słowa, dzisiaj założyłem koniec
stania w miejscu, by sny nie tylko gonić w snach”

Pierwszy rok (2013), można rzec, jeszcze na spokojnie minął, ale już z jakimiś sukcesami (m.in. Bieg Katorżnika (1. miejsce) czy Bieg Morskiego Komandosa (3. miejsce) na koncie. Wychodzić poza schemat rozpocząłem rok później, zaczynając od “Setki z Hakiem”. W “setkę” wkręcił mnie “AdAm Es” rok wcześniej, gdzie wymęczyliśmy wspólnie trzecie miejsce. Pamiętam początki naszej zabawy w uganianiu się po bezdrożach. Pierwsze zmęczenie kilometrażem, litry doświadczenia po, czy też nauka schodzenia tyłem po schodach. Tak wyglądały początki… aaa… i zawsze Adam mógł liczyć na telefon od żony, z pytaniem, czy wygraliśmy. Do tej pory zastanawiam się, co jej naopowiadał, że zawsze padało te pytanie. Tu przypomina mi się anegdota o przygodzie z telefonem w tle na trasie, która przytrafiła się naszemu koledze podczas pierwszych “Śnieżnych Konwalii” z Adamem. Ów kolega odbierał, co jakiś czas telefon od swojej mamy z pytaniem „gdzie jest, co robi” i tak dalej. Licznik połączeń zatrzymał się na dwucyfrowej liczbie, bo widocznie jeden telefon, nie rozwiewał całkowicie rodzących się pytań zatroskanej mamy. Wyobraź sobie tę osobę, biegnącą gdzieś w środku lasu, gdy jedną ręką trzyma spodnie, by nie spadły z czterech liter, podczas, gdy drugą ręką trzyma telefon przy uchu. Złośliwa grawitacja nie chciała dać za wygraną całą trasę, bo w spodniach pękła gumka… tak, czasami gumka może pęknąć. Do dzisiaj facjata mi się cieszy, na myśl o tym zabawnym widoku. Zresztą z tym rajdem jest jeszcze związana jedna ciekawa sytuacja.


„Expect The Unexpected”

Czy wspomniałem, że nawigacja w terenie wcześniej nieznanym ma to do siebie, że czasami (czasami?) nie idzie zgodnie z planem? Bieg w optymalnym wariancie miał mieć 50 kilometrów, a że prawo Murphy’ego mówi, że jak coś ma się zepsuć, to na pewno się zepsuje, więc finalnie wyszło mi 78 kilometrów. Taki mały VAT od Morawieckiego. Dodam, że biegaliśmy na początku lutego, gdzie nieoczekiwanie zmrok szybko zapada, a ja nie założyłem spędzenia tylu czasu na trasie, więc dałem ciała, nie zabrałem czołówki. No bo po co mi ona?!

Finalny efekt zamyka się w półtoragodzinnym marszu (biegnąć mógłbym szybciej zgubić ścieżkę), bez jakiegokolwiek światła (a jakby inaczej, telefon wcześniej się rozładował, z powodu ujemnej temperatury), ścieżką prowadzącą przez las. Niemniej interesujący fakt jest taki, że podziwiając, zwiedzając sobie las, w pewnym momencie widzę przebłyski małego światła gdzieś w oddali. Nagle światło robiło się coraz bardziej wyraziste i jakby zaczęło zbliżać się w moją stronę. Po jakiejś chwili, za krzaków wyskakuje gość, oślepiając mnie i rzuca pytaniem, czy wiem gdzie jest jeden z punktów do odnalezienia, wskazując palcem na mapie. Nie wiem czy zdawał sobie sprawę z tego, jak głupio to musiało wyglądać, żeby pytać gościa o orientacje w terenie, który jedyne co widział, to czysty księżyc w środku lasu. Uprzedzając pytania dodam, że nim zdecydowałem się na taką wycieczkę, sprawdziłem mapę, która sugerowała ścisłe trzymanie się jednej ścieżki, która wyprowadzi mnie z złowrogiego lasu i doprowadzi w okolice mety. Meritum całej sytuacji polegało na tym, żeby kurczowo trzymać się ścieżki, bez względu na wszystko. Uwierzcie, las w nocy, bez źródła światła potrafi być „magiczny”.

“Stopień po stopniu, jestem życia liderem,
Odgradzam teren, obieram kurs, staje za sterem,
Łatwo nie przychodzi nic, gdy upadasz, wstajesz,
Gdy chcą ci coś narzucić, ty miej swoje zdanie,
Matką sukcesu jest cierpliwość, to wiem na pewno”


“Setka” jest w miarę kameralną zabawą, organizowaną przez Związek Harcerski, polegającą na przebiegnięciu 100 kilometrów z dodatkowym “hakiem”, w postaci kilometra czy też dwóch, (kto by liczył takie drobne), w większości szutrowymi ścieżkami (woj. opolskie), według mapy i dostarczonego opisu trasy. Jakoś tak dziwnie się składa, że mój “hak” zawsze jest jakby większy (108 km zaliczone). Mimo to, drugi raz z rzędu udało się wybiegać trzecie miejsce, jednak już z dużo lepszym czasem. Oczywiście progres formy to jedna strona medalu, druga to mój background tego, co się robiło całe życie, czyli lata kopania piłki. I dlatego, że forma była na tyle dobra, że nogi nie żyły własnym życiem, a bieg skończyłem w miarę wcześnie (sobotnie przedpołudnie, więc był czas na krótką regenerację), to następnego dnia (niedziela) byłem w stanie zagrać całe 90 minut w meczu A klasy (ostatni rok, gdzie łączyłem bieganie z piłką nożną). W taki oto sposób zaczęły się moje ekstremalne weekendy, gdy jeden bieg to za mało. Gdy bieg to za mało.

Aaa… nie. To nie był pierwszy taki weekend.

Daniel Stroinski

Blog powered by Hop-Sport