12 lutego 2019 Kasia

Każda długa wyprawa zaczyna się od jednego kroku

Każda długa wyprawa zaczyna się od jednego kroku

Zostałem ostatnio zapytany jak znaleźć motywację do biegania. Zaskoczyło mnie to pytanie i szczerze się przyznam, że nie wiedziałem gdzie mogła ona wtedy się znajdować. Gdzie znaleźć cudzą na pewno nie wiem, o mojej mogę powiedzieć jedno, umiejętnie się przede mną chowa. Jadąc rano samochodem do pracy, na dosyć krótkim odcinku drogi mijam zawsze kilku biegaczy czy biegaczek. Wtedy taki mały chomiczek siedzący z tyłu mojej głowy zaraz obok sumienia zaczyna konsumpcję. Czuje jak gryzie mi to sumienie, że dziś rano nie ruszyłem tyłka z łóżka i nie wydreptałem kilku marnych kilometrów, tylko od tej 5:00 klikałem drzemki, do czasu gdy mądrzejsza część mojej głowy stwierdziła, że dość i kazała wyłączyć ten przeklęty budzik.

To jest oczywiście ten nieszczęsny czarny scenariusz, gdy zgubiłem, nie odnalazłem po przebudzeniu upragnionej motywacji do wyjścia z ciepłego łózka i przy minus trzy i pół podreptać wzdłuż oświetlonej ulicy. Niestety chyba jeszcze nikt nie opracował sposobu na przyklejenie jej na stałe w jednym miejscu, aby w chwili potrzeby, na szybko wciągnąć dawkę pozwalającą na podjęcie zamierzonego postanowienia.

Nie podam uniwersalnego sposobu na znalezienie tej jedynej, potrzebnej na tę chwilę, niezbędnej aby zacząć, drobnej motywacji. Myślę, że jest to dość indywidualna sprawa i ciężko generalnie wskazać skuteczne źródło. Mogę natomiast wskazać, gdzie jej można szukać! Motywację do działania najczęściej udaje mi się znaleźć wśród ludzi i muzyki. Ludzie ci, niekoniecznie mają nawet świadomość ile wnieśli do mojego życia i co im zawdzięczam, ale to już jest raczej kwestia tego, że część nawet mnie nie zna. Najbliższe osoby, miłości życia, przyjaciele, koleżanki i koledzy, historie sportowców lub amatorów. To są osoby, które mogą zainspirować.

Zobaczyłem dwa lata temu krótki filmik o facecie, który stanął na starcie Ultramaratonu w Australii na dystansie ponad 800 km. Przyszedł w kaloszach i płaszczu, bo słyszał, że będzie padać. Odstawał od całej reszty biegaczy, bo był sam. Nie miał zaplecza fizjoterapeutów, nie miał ekipy z najnowszym sprzętem biegowym, butami, ciuchami od sponsorów. Nie miał prywatnych kucharzy dbających o wyżywienie na takim dystansie. Generalnie był zjawiskiem, które miało dość szybko zgasnąć po starcie. Nikt w niego nie wierzył, że da radę pobiec, a co dopiero ukończyć. Ukończył bieg w 5 dni i 15 godzin. Najlepsze jest to, że w wieku sześćdziesięciu jeden lat wygrał z 20-30 latkami! Jego historia natchnęła mnie do tego, aby pewnego ranka wstać o 5 rano, ubrać letnie adidasy, dres i pójść biegać przy minus dziesięciu. Patrząc wstecz, uważam to za jedną z moich lepszych decyzji życiowych. Cliff pokazał mi, że niemożliwe jest możliwe!

Jak zaczynałem swoją przygodę biegową, postanowiłem zastosować pewien trick, który się dosyć dobrze sprawdził. Podczas typowej prokrastynacji, czyli unikania właściwej roboty, grzebałem w sieci w poszukiwaniu dnia wczorajszego i natrafiłem na ciekawą poradę, podobno przetestowaną (jak wszystkie specjalistów od  porad) na temat tego jak utrzymać przez dłuższą chwilę ten niezbędny jak powietrze życiodajny czynnik, czyli motywację. Niestety muszę tutaj zmartwić wszystkich z parciem na szkło i selfiki, że jednocześnie z budowaniem początkowej motywacji, wstrzymujemy się z epatowaniem dookoła własną zajefajnością. Czyli krótko, robimy to w ciszy medialnej. Wydaje mi się, że Daniel nie przerwał tej ciszy, do dziś patrząc na jego wyniki.

Sposób prosty jak konstrukcja procy. Gdy zaczynamy przygodę biegową niech nikt o tym nie wie. Najbliżsi, którzy mimo wszystko zrozumieją, że przepocone spodenki, brzydko pachnące buty i mokra koszulka to jednak oznaka, że coś się dzieje, ale najbliższe otoczenie ciężko będzie utrzymać w nieświadomości. Natomiast nic nie mówimy reszcie świata. Myk, który tutaj jest zastosowany, wspomniani specjaliści od motywacji uzasadniali tym, iż tym ciężej jest nam utrzymać postanowienie im więcej o tym mówimy ludziom dookoła. Badanie, które było podstawą do takiego stwierdzenia, dotyczyło właśnie rozpoczęcia aktywności fizycznej.

Jak długo to utrzymujemy? Podobno nawyk wykształca się w okolicach trzech miesięcy. Czyli dla pewności polecam podciągnąć do sześciu. Akurat wydaje mi się, że tutaj zastosowanie dłuższego okresu może wyjść tylko in plus! Jak już zbudujemy nawyk ruszenia się raz na kilka dni, dalej będzie tylko prościej.

Rafał Słoniewski

Blog powered by Hop-Sport