28 lutego 2018 Kasia

Mickey Mouse in the House

Przeczytajcie 3 część relacji Daniela z Górskiego Ultramaratonu Zimowego Zamieć.

_______
„Mickey Mouse in the House”

Czekając na starcie przed drugą pętlą, sprawdziłem wyniki online, byliśmy na drugim miejscu z prowizoryczną przewagą nad trzecim zespołem. Po chwili pojawiła się dziewczyna z trzeciej drużyny i nieoczekiwanie rusza na trasę przede mną. Sześć minut później Agnieszka zamyka swoją pętlę, więc i ja mogę ruszyć. Cóż, taki los, że kolejny raz muszę uganiać się za dziewczyną.

Dobrze, że początek jest płaski, bo można rozgrzać skostniałe mięśnie. Chociaż i tak myślałem, że będzie gorzej, gdy sobie przypomnę, jak wyglądały moje mięśnie zaraz po pierwszym kółku. Jednak substytut prawdziwego masażu w połączeniu z godziną odpoczynku okazał się nad wyraz skuteczny. Pierwsze co mi się rzuciło w oczy to, że Achillesy w końcu się rozgrzały jak stary Diesel na mrozie na tyle, abym mógł o nich zapomnieć już do końca biegu. Ponownie wyprzedzam kilku uczestników w drodze ku schronisku.

Po dwudziestu dwóch minutach doganiam dziewczynę, która mi uciekła na starcie. Jako że potrzebna była już włączona czołówka, a dogoniłem ją akurat na stromym podejściu, to całkiem niechcący oświetlałem jej zgrabną tylną część ciała. Co ciekawe i całkowicie mnie zaskoczyło, miała bieliznę termoaktywną w formie stringów. Dobra czołówka prawdę ci powie. Trochę mi zajęło wyprzedzenie koleżanki…ciężko stwierdzić czy to strome podejście tak mnie spowolniło, czy coś innego.

Na moim punkcie pomiarowym przy końcu stoku mam trzy i pół minuty straty w porównaniu do pierwszego okrążenia. Za stokiem przyśpieszam, gdzie wcześniej łydki mnie skutecznie hamowały i odrabiam półtorej minuty. Na schronisku melduję się po godzinie i dwóch minutach. Trasa w dół idzie elegancko. Wprawdzie dwa razy usiadłem przy „siodle”, ale wszystko było kontrolowane jak wybór miss świata. Chwilę później oznajmiam Agnieszce, że się zbliżam. Myślę, że mógł być to ten moment, gdzie narodziły się pewne wątpliwości w jej głowie czy aby na pewno dobrze zrobiła biegnąc ze mną w parze. Czy zdąży się, chociaż częściowo zregenerować po swoich pętlach, gdy partner z duetu w ogóle nie pomaga i skraca czas odpoczynku do minimum. Drugie okrążenie zamykam z czasem godzina trzydzieści i sześć minut. A ja jakoś dalej nie rozumiem, dlaczego mam gorszy czas. Szybkie sprawdzenie wyników i okazuje się, że dalej jesteśmy na drugim miejscu. Pierwsze poza zasięgiem. Następnie kopiuj-wklej co do harmonogramu czynności po wysiłkowych. Na koniec najmilsza część…zamykam oczy…

…dzwoni budzik ustawiony profilaktycznie. Kopiuj-wklej czynności przedstartowe. Rozpoczynając trzecie okrążenie, dalej byliśmy na drugiej pozycji z niewielką przewagą. Do trzeciego kilometra nie spotkałem żywej duszy, zastanawiając się, czy nie zostałem sam na trasie. A może to ta mgła, która zagościła gdzieś od drugiego kilometra prawie po sam szczyt. W pewnym momencie zimowa sceneria skuta we mgle przypomniała mi sceny z „Lśnienia”. Brakowało, tylko żeby ktoś wyszedł za drzewa z siekierą…

Być może za mało zjadłem przed tym okrążeniem, a może wyszło zmęczenie, bo chwilę po starcie zaczął mnie boleć lewy bark. Często tak ma, jak organizm jest zmęczony w połączeniu z brakiem energii. Coś mnie tknęło przed startem i do pasa biegowego wrzuciłem żel energetyczny. Właściwie to wszystko co miałem ze sobą na trasie poza wyposażeniem obowiązkowym w postaci bandażu elastycznego oraz folii NRC. Uznałem też, że nie warto brać nic do picia, bo za krótko przebywa się na trasie. Bark przestaje boleć po jakimś czasie od wciągnięcia żelu. Na moim własnym punkcie pomiarowym mam pięćdziesiąt minut. Dobiegam do grani, a tu pojawia mi się nowy zawodnik. Widziałem w jego oku ten błysk, tę chęć ścigania się. Nie mogłem odmówić sobie takiej zabawy. Po kilkudziesięciu metrach jednak…polna myszka skręca gdzieś w krzaki.

W schronisku melduję się po godzinie i sześciu minutach. Zbieg tym razem już nie był tak luźny, jak wcześniej. Raz, że już do końca biegu, z każdym kolejnym okrążeniem było coraz bardziej ślisko na trasie, dwa, w nocy ciężej się zbiega, nawet mając bardzo dobrą latarkę czołową. Ustawiłem sobie swoją na maksymalne oświetlanie i był to strzał w dziesiątkę jak u Lewandowskiego. Z tym że ja nie musiałem czekać dziewięć miesięcy na rezultaty. Od razu, gdy zbliżałem się do delikwenta, który z daleka widział strugę szybko przemieszczającego się światła, sam robił przejazd dla Pendolino bez pytania. Z grzeczności częstowałem „dziękówą”. Gdybym za każde „podziękowanie” z mojej strony dostał złotówkę za przepuszczenie na trasie, to uzbierałbym drugą wypłatę.

Trzecią pętlę zamykam z czasem godzina czterdzieści dwa. Coraz wolniej, ale tragedii nie ma. Jedzenie, rozciąganie, wałek Greya, wyciągnięcie nóg, zamykam oczy…i tylko ten cholerny kaszel mnie męczy. Jak biegnę, to nie kaszlałem ani przez moment. Wystarczy, że rozłożę się w śpiworze, to kaszlę jak kot, który najadł się swojej własnej sierści. Zamykam oczy, czas płynie…

„Spójrz czasami w niebo i są chmury nad miastem?

Pomyśl o czymś dobrym, bo czas Ci przemija.

Nie możesz patrzeć tylko na innych, to Cię zabija.

Zmarszczek dochodzi dużo, często krater popękany.

Jak to jest, gdy czas minie? – głos zapytał się z membrany”.

Blog powered by Hop-Sport