7 marca 2018 Kasia

The Final Countdown

Ostatnia część relacji Daniela z Zimowej Zamieci. Zapraszamy do lektury.
______

„The Final Countdown”

Przed czwartą pętlą podchodzę do namiotu, gdzie stacjonuje ekipa obsługująca system pomiaru czasu. Byłem ciekaw numerów startowych trzeciej ekipy, która nas goniła. Usłyszałem w odpowiedzi numery 295 i 296. Zamysł miałem taki, że gdybym gdzieś na trasie spotkał jedną z tych osób, to automatycznie przełączyłbym się w tryb „competizione”. Nie mija jednak więcej jak dziesięć sekund, a obok mnie ustawia się chłopak z numerem 296…automatycznie uśmiech zagościł na mojej twarzy na myśl o możliwym pojedynku, a zarazem ciekawość i chwila niepewności, kto pierwszy zmieni dobiegającą partnerkę do bazy. Chwila napięcia i ruszam przed rywalem na trasę. Pierwszy raz nie tylko goniłem wszystko, co ruszało się na horyzoncie, co świadomie uciekałem przed kimś innym. Co pewien czas oglądałem się za siebie, czy gdzieś widać złowrogą czołówkę w oddali. Być może dlatego nie zauważyłem czy też zapomniałem o powalonym drzewie przy skarpie na wysokości czwartego kilometra. Mimo wszystko nie jestem wzrostu siedzącego psa, więc musiałem trochę się schylić, by przejść pod tym drzewem jak na wcześniejszych pętlach. Rezultat był taki, że przywaliłem mocno głową. Po sekundzie już nie potrzebowałem żadnego dopalacza, żeby się obudzić. Z kolejnych pięciuset metrów zapamiętałem tylko to, że cały czas drapałem się po głowie.

Po godzinie i ośmiu minutach odbijam chip na szczycie i od razu lecę w dół. Na końcu agrafki spotykam goniący mnie numer 296. Mam jakieś trzy minuty przewagi. Chce przyśpieszyć, ale jest coraz bardziej ślisko na zbiegach. Pierwsze dwa okrążenia pokonałem na luzie, bez wyhamowania własnej prędkości. Trzecie już na lekko zaciągnięty ręczny, tak na „jeden ząbek”. Teraz już było na tyle ślisko, że zaciągnąłem ręczny chyba na „dwa ząbki”. Dobiegam do „siodła” a tu gość w raczkach zbiega dobrym tempem. Podłączyłem się i delikatnie siadam mu na zderzaku tak, że czuje mój pewnie, już nie świeży oddech na plecach. Gdy już jesteśmy na dole widzę zdziwienie kolegi, że nie mam raczek. Tym samym tylko utwierdzam się w przekonaniu, że Mudclaw’y są świetnym wyborem na ten bieg. Wymijam i cisnę dalej do słynnej ścianki w lesie. Cały czas korzystam z techniki pingpongowej. Tutaj jedyny raz podczas biegu uciekła mi noga na czymś śliskim. Poczułem lekki ból w kolanie. Poza tym jednym małym przypadkiem wszystko było pod kontrolą. Podziękowania dla Łukasz Lelek za kolejne fachowe klejenie nogi.

Chwilę później kolejny raz nękam Agnieszkę, że się zbliżam. Muszę się uczciwie przyznać, że trochę podniosłem jej porzeczkę, gdyż miała krótsze przerwy niż ja. W tym momencie różnica wynosiła już pięćdziesiąt minut. Poza krótszą regeneracją dochodził jeszcze jeden aspekt. Miałem przygotowane trzy komplety do biegania. Biegałem w suchych, a mokre w tym czasie się suszyły. Tu dochodzimy do drugiego aspektu, gdzie Agnieszka miała też mniej czasu na suszenie ubrań. Chyba nie jestem zbyt koleżeński…:P Czwartą pętlę zamykam z czasem godzina czterdzieści pięć minut…a kolegi nie widać. Jedno trzeba przyznać organizatorom, trasa jest, jak zwykle, doskonale oznaczona. Oprócz znaków przyczepionych na drzewach gdzieniegdzie są też strzałki namalowane na śniegu. Mają intensywnie ciemnożółty kolor. Ten, kto znakował trasę, musiał być mocno odwodniony.

„Czwórki”, „dwójki” i łydki krzyczą ze zmęczenia, właściwie miałem już dosyć biegania. Wszystko skostniałe. Czy wspomniałem, że właśnie wychodził brak treningów w górach? Miałem cichą nadzieję, że wystarczy nam 8 pętli do podium. Głupotą było tak myśleć. Zmęczona Agnieszka pognała na swoje piąte okrążenie. Wyraz naszych twarzy nadawał w jednym tonie „więcej już nie biegnę, to ostania pętla”. O ile długa przerwa pomaga ciału coś się zregenerować, to psychikę trzeba kopnąć mocno w 4 litery, żeby się pozbierać na ostatnią pętlę.

Kolejny raz przeżywam te same czynności jak główny bohater filmu „Dzień świstaka”. Ze zmęczenia już nawet nie czuje, jak śmierdzi w naszej szatni od przepoconych, brudnych czy też schnących ciuchów, skarpetek czy też butów porozstawianych po kątach. Zmęczona Agnieszka ostatnią pętlę pokonała na spokojnie, co dało mi prawie trzy godziny odpoczynku. Mimo tego czasu wszystkie mokre ubrania nie zdążyły już wyschnąć. O ile biegowe spodnie były w miarę suche to już bluza i kurtka była lekko wilgotna jak…ha! nie powiem co. 🙂

Jednoznacznie stwierdzam, że uczucie komfortu, gdy stałem tak ubrany na starcie nie było adekwatne do siedzenia w fotelu z piwem w jednej ręce i pilotem w drugiej. Przypomniały mi się poprzednie edycje, gdzie każde kolejne wyjście ze strefy komfortu na bieg było swoistym zwycięstwem. Chwilę później decyduję się ubrać drugą kurtkę, jedyną suchą, która mi pozostała a w której przyjechałem. Ruszam na trasę już bez czołówki, bo ponownie zrobiło się jasno. Dla oczu i głowy to taki zastrzyk darmowej energii. Ostatnie moje założenie na ten bieg, to zmieścić się poniżej godziny i pięćdziesięciu dwóch minut. Nie pytajcie dlaczego. Kilometry, przewyższenia i warunki robią swoje, bo spotykam coraz mniej biegaczy na trasie. Każdy zmęczony, śpiący, marzący o ciepłej kąpieli. Przed granią przybijam piątkę z autorem, jak zwykle świetnych zdjęć, Jackiem Deneki. Jacek podziwiał widowiskowy wschód słońca. Chwilę wcześniej wiatr rozwiał chmury, odsłaniając niebieskie niebo, a słońce oświetliło szczyty gór po przeciwnej stronie doliny. To była najpiękniejsza pętla.

Właściwie bez przygód docieram na szczyt po godzinie i jedenastu minutach. W schronisku na tarasie brak żywej duszy. Pomiarowcy siedzieli w środku i tylko podnosili do góry kciuka. W głowie mam już obraz, że zostało tylko cisnąć w dół. Strome zbiegi mają już nieźle wyżłobione rynny od „dupozjazdów”, a śnieg miejscami sprasowany jest do szczerego lodu. „Czwórki” i łydki palą żywym ogniem, ale techniczne zbiegi znowu lecę prawie na maksa. Tak po prostu dla zabawy, trzeba mieć coś z życia. Niebieski szlak, strumień, stokówka, zjazd w las, biegowe zawijasy, domek, kapliczka i ostatni kilometr. Wreszcie meta jest metą. Czas, godzina i pięćdziesiąt jeden minut. Plan wykonany.

Mamy dziesięć pętli zrobionych w czasie dwudziestu godzin i dwudziestu sześciu minut, czyli do końca zamknięcia „Zamieci” pozostało trzy i pół godziny. Wystarczyło nam to do zajęcia trzeciego miejsca. Dwie pierwsze ekipy miały jedenaście okrążeń na liczniku. Żeby przeskoczyć drugą w tabeli musielibyśmy zrobić nasze jedenaste kółko w czasie poniżej dwóch godzin i czterdziestu jeden minut. Jak najbardziej było to do zrobienia, ale…mieliśmy już wszystkiego dosyć. Byliśmy zadowoleni z wyniku, tym bardziej, że przed biegiem chyba bym wziął go w ciemno. Odwaliliśmy kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej, roboty. Pierwszy punkt z listy na ten rok wykonany. Teraz czas na komandosa…setkę komandosa.

Blog powered by Hop-Sport